niedziela, 6 stycznia 2013

Joanna Bator, Japoński wachlarz

Japoński wachlarz nie przypomina modnych ostatnio relacji z podróży znanych osób, które zwykle są dość pobieżnymi przewodnikami, nudnymi w odbiorze i nie pozostającymi w pamięci. Tę książkę przeczytałam z dużym zaangażowaniem, mimo że japońska kultura nie leżała w sferze moich zainteresowań. A sięgnęłam po nią wyłącznie ze względu na autorkę. I nie zawiodłam się. Japonia według Joanny Bator jest bowiem piękna, intrygująca i egzotyczna. Niezwykle plastyczne opisy odwołują się do wszystkich zmysłów.
Pisałam wyłącznie o tym, co apelowało do moich oczu, uszu, kubków smakowych; o tym co mnie osobiście olśniło, zadziwiło, rozbawiło, skłoniło do czytania nowych książek.
Wiele japońskich zwyczajów lub elementów zachowania, które znamy z telewizji, prasy lub z obserwacji turystów z Kraju Kwitnącej Wiśni, może wydawać się dziwne lub wręcz irytujące, jak choćby mówienie zbyt wysokim głosem, szczebiotanie i chichotanie kobiet. Autorka, będąc antropologiem kultury, sięga jednak na tyle głęboko, że pozwala czytelnikowi zrozumieć tę odmienność, a przynajmniej czyni go bardziej otwartym i mniej skłonnym do krytyki nieznanego.
Z lektury można dowiedzieć się wiele o japońskiej filozofii jedzenia, ubierania się (i przebierania), stosunku do pracy, różnicach między rolami społecznymi kobiet i mężczyzn, kulcie młodości, a wręcz niedojrzałości, sposobach spędzania czasu wolnego (wspólne wizyty w publicznych łaźniach czy mineralnych kąpieliskach, fantazyjne hotele miłości, z których korzysta wiele "normalnych" par, niezwykle popularne salony, gdzie niemal każdy próbuje sił w karaoke lub grze paczinko, wizyty w teatrach kabuki i Takarazuka...).
Na początku pobytu w Tokio autorka stosowała zabawny sposób na prowadzenie obserwacji. Przyjeżdżała na popularne miejsce spotkań - pod pomnik Hachikō - Wiernego Psa, znajdujący się w Shibuya, jednej z modnych dzielnic, ale ponieważ przypatrywanie się innym uchodzi za niegrzeczne, "dawała się porwać" i podążała za wybraną osobą. 
Najpierw wybierałam na chybił trafił osobę wśród oczekujących, próbując wyobrazić sobie, kim jest i na kogo czeka, a potem niecierpliwiliśmy się, dopóki nie pojawiła się trzecia postać dramatu. Dalej ruszaliśmy razem, z tym że ja byłam zawsze kilka kroków z tyłu.
Dzięki temu mogła poznawać miejscowe zwyczaje i zachowania i dotarła w miejsca, do których nigdy nie trafiłaby sama; lepiej poznała miasto, które dla cudzoziemca (gaijina), nawet zaopatrzonego w mapę, jest labiryntem uliczek bez nazw lub z nazwami niemożliwymi do wymówienia i strzałka z napisem "tu jesteś" niewiele zmienia. Japończycy zaś zwykle nie znają wystarczająco dobrze angielskiego, żeby wskazać właściwy kierunek, a wrodzona grzeczność nie pozwala im przyznać się do tego, że nie rozumieją pytania, albo odmówić pomocy i dopóki nie zwolni się zagadniętej osoby z obowiązku wskazania drogi, sytuacja może być męcząca dla obu stron.
Otwartość i autentyczna fascynacja japońską kulturą, wkrótce zjednały autorce przyjaciół (co w Japonii podobno nie jest łatwą sprawą), dzięki którym mogła dowiedzieć się i przeżyć jeszcze więcej. Jednym z polecanych przez autorkę sposobów, by dostać się do serca Japończyka jest jedzenie. Ale nie chodzi tu o serwowanie bigosu, tylko docenianie japońskiego jedzenia, a raczej sztuki kulinarnej. 
Dla nas najważniejszą rzeczą w potrawie jest bowiem smak i aromat, a do jej wyglądu przywiązujemy mniejszą wagę. (...) w przypadku japońskiego jedzenia smak i aromat uważane są za jedną tylko z jakości składających się na dobrze przyrządzony posiłek i nie powinny zagłuszać innych, równie ważnych jego cech: koloru i faktury. (...) Japońskie jedzenie jest przyjemnością języka i oka, w której granice zmysłów zacierają się w nieznanej nam jedności. 
Jeśli się o tym nie wie, nie można docenić wszystkich subtelności i łatwo zniechęcić się mdłym smakiem ryżu bez dodatków lub tofu. Tymczasem dla Japończyka istotniejsza może być barwa, faktura, konsystencja...
Pozytywna odpowiedź na inicjacyjne pytanie o posługiwanie się pałeczkami i jedzenie surowej ryby jest czymś w rodzaju zdanego testu. Daje pytającym nadzieję, że cudzoziemiec nie jest przypadkiem beznadziejnym i warto zainwestować czas, wprowadzając go w bardziej skomplikowane arkana japońskiej kuchni. A kto wie, może nawet spróbować się z nim zaprzyjaźnić.
Nie zabrakło też rozdziału o kawaii, czyli tym co Japończycy uważają za ładne i atrakcyjne, ale w sensie słodkie, fajniutkie - w dziecinny sposób. 
Japończykom udało się w ciągu jednego pokolenia zbudować imperium (...) pracują ciężko i z oddaniem. Bycie dorosłym to taka właśnie praca - od świtu do nocy i często ponad ludzkie siły. (...) Marzenie o powrocie do dzieciństwa, dla mnie osobiście dość przerażające, kusi wielu mieszkańców Krainy Kwitnącej Wiśni. (...)
Z pragnienia pozostania w raju dzieciństwa narodził się w latach osiemdziesiątych potężny nurt kulturowy, produkujący nowych idoli. Jego centralną postacią stała się lolitka: infantylna i niedojrzała postać kobiety-dziecka, służąca jako model identyfikacyjny dla kobiet i obiekt pragnienia dla mężczyzn. 
Ikoną kawaii jest Hello Kitty, której wizerunek ozdabia wiele przedmiotów codziennego użytku, od tostera, czy długopisu, przez uchwyt do papieru toaletowego, podstawki, nalepki, aż po karty do bankomatu. Te rzeczy są przeznaczone dla dorosłych, lub dorosłych udających dzieci, a nie wyłącznie dla osób poniżej dziesiątego roku życia, jak mogłoby się wydawać.
Jednym z wielu oryginalnych tematów opisanych w tej książce, jest teatr Takarazuka, gdzie grają wyłącznie młode kobiety, a te które wcielają się w role mężczyzn, są otoczone powszechnym uwielbieniem ze strony innych kobiet, bo to głównie one zapełniają widownię.
Jest też ciekawy rozdział poświęcony językowi:
Wysoka intonacja, która tak nas uderza w głosie japońskich kobiet, jest jednym z przejawów strukturalnej różnicy w języku wyznaczającym kobiecie i mężczyźnie odmienne miejsce. (...) Japoński, podobnie jak niektóre inne języki azjatyckie, jest wyraźnie zróżnicowany ze ze względu na płeć, co sprawia że dziewczynka (istota o innym statusie) uczy się w istocie języka, jakim nigdy nie będzie musiał mówić jej brat i vice versa. (...) 
Do dziś w Japonii są dwa sposoby posługiwania się językiem, a właściwie dwa "płciowe dialekty": męski język władzy i kobiecy język podległości. Kobieta i mężczyzna w inny sposób mówią "ja", ucząc się od wczesnego dzieciństwa, że ich miejsce w strukturze jest odmienne; kobiece formy "ja" są mniej bezpośrednie i miękkie, a męskie - gardłowe, zdecydowane i mniej formalne. (...) W tradycyjnym japońskim języku mężczyzna powiedziałby zatem o swojej żonie: "Obudziła się", podczas gdy ona oświadczyłaby, że "wielce szacowny małżonek dokonał szacownego obudzenia się"(...).
Kobiety i mężczyźni nie tylko mówią "innymi językami", ale też wiodą  osobne życie. W wielu tradycyjnych rodzinach kobieta zajmuje się domem i dziećmi, mężczyzna pracuje, a wolny czas spędza w towarzystwie kolegów, w klubach dla panów, gdzie kobieta może ewentualnie występować w roli hostessy (nowoczesny odpowiednik gejszy). Często aranżuje się małżeństwa, bo dorośli ludzie mają niewiele okazji, by razem spędzać czas i poznawać się. Często też, po przejściu męża na emeryturę, kobieta wnosi pozew o rozwód, bo nie chce spędzić reszty życia z obcym człowiekiem, którego może nawet nie zdążyła poznać i polubić. 
I na koniec jeszcze coś, o czym nie miałam pojęcia - Japończycy bardziej cenią wysiłek i ciężką pracę niż talent, który jest od nich niezależny.
Idea "doryoku", czyli "wysiłku", tak ważnego w całym japońskim systemie edukacji, opiera się na przekonaniu, że przy odpowiednim wysiłku każdy uczeń jest w stanie opanować w tym samym stopniu grę na pianinie, skoki do wody, matematykę. (...)
Dziś w mniejszym już wprawdzie stopniu, lecz nadal wyraźnie, widać upodobanie Japończyków do idoli reprezentujących typ dziewczyny czy chłopaka z sąsiedztwa: postaci przeciętnych, niezbyt utalentowanych, tak sobie tylko urodziwych. Kocha się ich nie za to, że jawią się tak doskonali jak Nicole Kidman czy Brad Pitt, lecz przeciwnie: za to, i są tak samo ułomni jak my wszyscy. (...) Fakt, iż w Japonii nawet wysiłki osób zupełnie pozbawionych muzycznych talentów spotykają się z cierpliwością i zachętą grupy, jest dla niektórych przykładem wschodniej wersji demokracji, polegającej na realizacji postulatu: "Nie wychylaj się, pracuj ciężko, próbuj z uporem, a może uda ci się być takim jak wszyscy". Może to właśnie ta zasada odpowiedzialna jest za potęgę i śmieszność współczesnej Japonii, za jej wielkość i "wylininie", o którym pisze Barthes? Za to, że Japonia jest tak bogata i bezpieczna, i pewnie za to, że tylu wybitnych i niepokornych opuszcza ją dla nie tak czystych i nie tak bezpiecznych miast Zachodu.
Dwie z wielu książek o Japonii, które Joanna Bator poleca:
Roland Barthes, Imperium znaku
Ruth Benedict, Chryzantema i miecz






Brak komentarzy:

Prześlij komentarz