piątek, 18 stycznia 2013

Georgeanne Brennan, Świnia w Prowansji. Dobre jedzenie i proste przyjemności w południowej Francji

Oryginalny tytuł i okładka - w niczym nie przypominające popularnych od lat książek o tym, jak to (najczęściej) bohaterka ucieka z wielkiego miasta, by gdzieś w innym kraju, najlepiej w otoczeniu winnic i sadów odnaleźć przyjaźń, miłość i sens życia. Nie ma tu egzaltowanych opisów zachodzącego słońca, czy uczuciowych rozterek autorki. Książka, jak informuje podtytuł, jest poświęcona jedzeniu. I prostym przyjemnościom, najczęściej związanym ze spożywaniem posiłków w gronie przyjaciół. 
Rozdziały osnute są wokół jedzenia, np.: Moja historia koziego sera, Grzybowe obsesje, Istota czosnku i le grand aïoli, a każdy z nich jest zakończony smakowitym przepisem kulinarnym (który łatwo później odnaleźć, bo strony z przepisami są jasnoszare). Od szczegółowych relacji z przyrządzania soczystych, aromatycznych, pieczonych i grillowanych potraw, aż cieknie ślinka i czytając tę książkę trudno nie przenieść się do kuchni, żeby przyrządzić sobie coś na ząb. 
Georgeanne wraz z pierwszym mężem Donaldem i kilkuletnią córką Ethel przeprowadza się z Kalifornii do Prowansji. Planują wieść proste życie na wsi, utrzymując się z wytwarzania koziego sera, o czym początkowo nie mają pojęcia. Kupują kozy, później świnię, całe dnie spędzają ucząc się nowego życia od podstaw. Metodą prób i błędów udaje im się zrobić pierwszy krążek jadalnego sera. 
Poznają sąsiadów, z którymi łączy ich nie tylko wspólne biesiadowanie, ale i praca przy zbieraniu winogron, grzybów lub zabijaniu i oprawianiu świni, w którym przed laty tradycyjnie uczestniczyła cała rodzina i wszyscy, którzy mieszkali w pobliżu.
Życie nie rozpieszcza autorki i jej rodziny, nie są zbyt zamożni i muszą ciężko pracować, przez pewien czas mieszkają bez elektryczności i bieżącej wody, ale nie narzekają, potrafią cieszyć się prostymi przyjemnościami i odczuwać satysfakcję z małych sukcesów. Wkrótce muszą jednak wrócić do Kalifornii, ale Georgeanne już zawsze będzie miała swój drugi dom w Prowansji, gdzie nie tylko odpoczywa i ucztuje z przyjaciółmi, ale również prowadzi warsztaty kulinarne, dzieląc się zdobytą przez lata wiedzą i pokazując uczestnikom "dobre jedzenie i proste przyjemności w południowej Francji".
Najważniejszym elementem uczty jest zielonawozłoty, czosnkowy majonez. (...) W moździerzu ugniatamy cztery ząbki czosnku i szczyptę soli, aż uzyskamy jednolitą pastę. Jeśli mamy duży moździerz, nadal z niego korzystamy, jeśli nie, przekładamy pastę do misy. Wbijamy trzy duże żółtka. Powoli, kropla po kropli, wlewamy około pół szklanki oliwy z pierwszego tłoczenia, cały czas ubijając sos. Kiedy zacznie gęstnieć, oliwę można już dolewać cienkim strumyczkiem. Jeśli używamy łagodnej oliwy typu prowansalskiego, możemy wlać jeszcze pół szklanki. Jeśli oliwa ma mocny smak, zamiast drugiej porcji dodajemy tyle samo oleju słonecznikowego lub oleju z pestek winogron. W obu przypadkach ubijamy sos dopóty, dopóki nie zrobi się gęsty i sztywny. Aïoli można wykonać dzień wcześniej, trzeba jednak pamiętać, że z czasem robi się coraz mocniejsze.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz