czwartek, 10 stycznia 2013

Henning Mankel, Mężczyzna, który się uśmiechał

Od dwudziestu pięciu lat jest policjantem. Cokolwiek czeka go w przyszłości, minione dwadzieścia pięć lat ukształtowało jego osobowość  i nic tego nie zmieni. Nie pomogą prośby o unieważnienie dotychczasowego życia ani żądanie nowego rozdania. Nie można się cofnąć. Pytanie, czy można jeszcze iść naprzód.
Kurt Wallander, pogrążony w depresji, za często sięgający po alkohol, próbuje pozbierać się po zastrzeleniu na służbie człowieka. Postanawia zrezygnować z pracy w policji, ale morderstwo jego kolegi, adwokata, który kilka dni wcześniej usiłował namówić Kurta do zbadania sprawy śmierci swego ojca, zmienia jego plany. Poza tym uświadamia sobie, że nic innego nie potrafi robić, a praca, mimo iż żmudna i ciężka, daje mu satysfakcję. Wraca więc pod długiej przerwie, by prowadzić kolejne niełatwe śledztwo. Zaprzyjaźnia się z nową koleżanką w zespole, która zapowiada się na dobrą policjantkę.
Czytelnik już na początku, jeszcze przed Kurtem, poznaje głównego podejrzanego, ale zupełnie nie przeszkadzało mi to przeczytać całości z dużym zainteresowaniem. Zresztą, niejedno jeszcze się wydarza przed końcem postępowania.
Akcja dzieje się późną jesienią i na początku zimy, całą powieść przesyca klimat przygnębienia i samotności, jest ciemno, zimno i pada deszcz. Ojciec Kurta wciąż maluje jesienne krajobrazy z głuszcem lub bez, na tle zachodzącego słońca. Córka jest daleko. A Wallander ma bardzo trudną i wymagającą niezwykłej ostrożności zagadkę do rozwikłania.
Jedną ze szczególnych cech Wallandera jest to, że stale się zmienia. W ten sposób różni się od wielu tzw. bohaterów, którzy są identyczni na pierwszej i na tysięcznej stronie książki. Ja takich książek nie lubię. Nikt z nas nie będzie jutro taki sam.
Henning Mankell

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz