wtorek, 5 marca 2013

Joanna Bator, Chmurdalia

Książkę od kilku tygodni miałam na półce, ale odkładałam lekturę na później, chcąc przedłużyć moment delektowania się kontynuacją "Piaskowej Góry". Niepotrzebnie. Jest bardzo dobra, ale nie pochłonęła mnie tak bardzo jak jej poprzedniczka. Może dlatego, że w fabułę wplecione są historie ludzi czasem luźno związanych z trójcą Dominika - Jadzia - Halina (choć bardzo zajmujące i opowiedziane soczystym, pasującym do postaci językiem), a może tylko dlatego, że z braku czasu czytałam ją dość długo, przerywając lekturę nie zawsze w odpowiednim momencie.
"Chmurdalia" przybliża drugoplanowe postaci z "Piaskowej Góry", m.in. Grażynkę Rozpuch, Małgosię Lipkę, ale wprowadza też wiele nowych, dzięki Dominice, która po wypadku nie potrafi nigdzie zatrzymać się na dłużej, podróżuje po świecie i poznaje ludzi, zawsze gotowa do wysłuchania ich historii. 
Spotkani w drodze mówili, jak się urządzę, to ściągnę rodzinę, albo jak się dorobię, to wrócę, i tylko czasem trafiały na podobnych sobie; ci nie mówili, lubię podróżować, ani nie mówili, podróżuję, bo lubię, lecz z oczami utkwionymi w miejscu niewidocznym dla rozmówcy, wzdychali, czas ruszać, na mnie już czas, czas w drogę, jakby czas pozwalał im odetchnąć tylko na chwilę i zaraz domagał się uwagi jak pies spaceru.
Dominika ucieka od wspomnień, od dawnego życia, ale też od Jadzi, która wciąż próbuje ułożyć życie córki według jedynie słusznych, bo dobrze znanych schematów.
Co ty wiesz o palonych domach, zapachu spalonego mięsa, którego nie można się pozbyć, bo wsiąkł w skórę i włosy? Czuję ten zapach na mojej matce i nie mogę ani od niej uciec, ani do niej wrócić, gdy tylko zatrzymam się gdzieś na dłużej, zapach wzmaga się i muszę ruszać dalej. Ale to nie pomaga. Jakbym miała w środku coś martwego, kawałek martwej matki, materii, której nie da się wyrzygać, czasem wkładam palce do gardła i zmuszam się do wymiotów, ale to na nic.
Bohaterka szuka samej siebie; wypadek wytrącił ją z kolein zaplanowanej przyszłości, studiów, przeprowadzki, miłości, "normalnego życia". Nie robi planów, nie kupuje nic na kredyt, nie gromadzi rzeczy, wystarcza jej to, co w ciągu godziny może spakować do plecaka, kiedy nadejdzie czas na zmianę.
(...) była w środku pusta jak nieumeblowany dom, w którym byle jak postawiono parę sprzętów, stos książek i pudła. Dominika Wędrowna nie myśli o sobie: jestem taka czy inna, tylko od czasu do czasu przeprowadza inwentaryzację, podczas której interesuje ją przede wszystkim, co jest na drugiej szali, bo co jest na pierwszej, wie od dawna - siedzi tam Jadzia i matkuje. (...) ta podróż (...) byłaby łatwiejsza, gdyby po prostu chodziło o ucieczkę przed tym wszystkim, odrzucenie swojego domu i zapomnienie o nim, tymczasem im Dominika jest silniejsza, tym bardziej pragnie swoją matkę zmienić, ruszyć z miejsca i zepchnąć z kursu matkowania na jakąś ciekawszą drogę.
Postawę Jadzi celnie podsumowała Grażynka Rozpuch: Co to znaczy, że ty się poświęcasz, Jadzia? dziwiła się. Nie możesz po prostu Dominiki kochać? Ona nie tresowała swoich dzieci, ani zwierząt, które przygarniała, dawała swobodę jednym i drugim i może dzięki takiemu traktowaniu jej córki wyrosły na niezależne i szczęśliwe kobiety.
Jadzia zaś potrafiła okazywać miłość nieustannym zamartwianiem się, robieniem wymówek, przyrządzaniem jedzenia, narzekaniem... Codzienne lub sezonowe, powtarzalne czynności były gwarancją porządku jej świata.
Równo stojące rzędy słoików koiły jej serce i przynosiły spokój, były dni, gdy warzywa i owoce w przetworach wydawały się Jadzi jedyną pewną rzeczą na świecie.
(...) zawsze potrafiła odnaleźć się w sytuacjach, w których trzeba przygotować i podać jedzenie. Konieczność zachowania kolejności rzeczy utrzymywała ją w koleinach i ten porządek, mięso, tłuczek, jajko, mąka, bułka, patelnia, talerz, pozwalał jej toczyć się bezpiecznie po torze życia.
Dwie krańcowo różniące się od siebie istoty - matka i córka. Jedna przywiązana do domu, do schematów, w których upływa życie jej i wielu znajomych, widząca w tym jedyny sens i poczucie bezpieczeństwa, druga ciągle w drodze, byle jak najdalej, nie tyle kształtująca siebie i rzeczywistość, co pozwalająca jej przepływać, toczyć się przez siebie. W tym kontekście nazwisko Chmura, które obie noszą, nabiera metaforycznego sensu.
Dominika zadomowienia nie odczuwała jeszcze nigdy i nie wiedziała nawet, czym jest tęsknota za nim, bo jej jedyny dom, ten na Piaskowej Górze, był przede wszystkim miejscem, z którego uciekała, w taki sposób, jak ucieka się z ojczyzny, ciągnąc ją za sobą jak kot puszkę przyczepioną do ogona. Jak miała wytłumaczyć Małgosi, że nie rozpakowuje do końca plecaka, bo nie dotarła do celu i nie wie, czy kiedykolwiek dotrze, że naprawdę nie potrzebuje tego pięknego fotela, mimo iż ma on cenę okazyjną i można go wziąć na korzystne raty, sama perspektywa posiadania czegoś na raty wydawała jej się tak absurdalna jak zakup działki na Księżycu. Potrzeba ruchu, przemieszczania się i świadomość, że w każdej chwili może ruszyć dalej, tego potrzebowała Dominika Chmura, i coraz bardziej rozumiała, że ta potrzeba jest tak samo jej częścią jak blizna na twarzy, wspomnienie wypadku i zapach spalonego mięsa. (...) nie wiedziała i nie chciała wiedzieć, co i gdzie będzie robiła na święta, a tym bardziej za rok. Skąd ludzie wiedzą takie rzeczy? Dlaczego poświęcają im tyle uwagi?
Na zarzut przyjaciółki: Ja przynajmniej próbuję ułożyć sobie życie, a ty? (...) Ułożyć to sobie możesz majtki w szufladzie odpowiada Dominika.

Oprócz wyraźnych portretów głównych bohaterek, przez powieść przewija się wiele mniej szczegółowo potraktowanych, ale barwnych postaci z często niezwykłymi życiorysami, sięgającymi początków XX wieku. Tajemnicze Ciocie Herbatki, Icek Kac, fryzjer Tadeusz Kruk, Eulalia Barron, Ivo, Sara i jej babcia, Grażynka Rozpuch... Wiele z tych historii to materiał na osobną powieść.
Czasem postać pojawia się na marginesie, ale nakreślona kilkoma celnymi, często ironicznymi zdaniami, jest wielowymiarowa i prawdziwa, jak choćby psycholog, który usiłuje pomóc Dominice.
Czyta dużo amerykańskich książek i swobodnie łączy elementy najnowszych metod terapeutycznych z klasyczną psychoanalizą; wydaje mu się, że przy odpowiednim oświetleniu nawet trochę przypomina Freuda. (...) Mówi pacjentom, z których większość to kobiety, o konieczności pozostawania w kontakcie ze swoimi emocjami, jakby emocje były krewnymi o dziwnych przyzwyczajeniach i niezdrowych nawykach, których trzeba odwiedzać, mimo iż są irytujący i śmierdzą im nogi.
Po zebraniu wrażeń z lektury, czuję że za jakiś czas przeczytam "Chmurdalię" ponownie, tym razem z większą uwagą.



Brak komentarzy:

Prześlij komentarz