wtorek, 5 lutego 2013

Michel Houellebecq, Cząstki elementarne

Dwaj przyrodni bracia, wychowani bez rodziców, wiodący skrajnie odmienne życie. Starszy, Bruno, prześladowany przez kolegów w szkolnym internacie, wyrasta na niepewnego siebie faceta, mającego problemy z kobietami, a jego głównym ośrodkiem zainteresowania staje się seks i odczuwanie fizycznej przyjemności. Dla Michela relacje damsko-męskie nie mają większego znaczenia. Jedyne, czym się interesuje to nauka - jest biologiem molekularnym i na tym polu odnosi sukcesy. Jednak to też nie wystarcza mu za całe życie, bo będąc po czterdziestce odchodzi z pracy, bierze roczny urlop i oddaje się rozmyślaniom filozoficznym. Obaj, mimo że tak różni, zgadzają się co do tego, że życie nie ma sensu, a przynajmniej nie ma go tam, gdzie oni szukali.  
Powieść krytycznie odnosi się do przemian w ludzkiej mentalności, do nadmiernej indywidualizacji, idącej za tym brutalności i zaniku uczuć. Ludzie końca XX wieku są skazani na zagładę. Nie burzliwą apokalipsę lecz raczej powolne wymieranie. Ma ich zastąpić nowy, "genetycznie zmodyfikowany" gatunek. Książka jest hołdem złożonym żałosnej ludzkości:
(...) ambicją tej książki jest oddać cześć nieszczęsnemu i odważnemu gatunkowi, który nas stworzył. Ów gatunek, cierpiący i nikczemny, niewiele różniący się od małpy, nosił przecież w sobie tyle szlachetnych aspiracji. Ten gatunek, umęczony, pełen sprzeczności, indywidualistyczny i kłótliwy, o nieograniczonym egoizmie, zdolny czasami do wybuchów niesłychanej przemocy i agresji, przecież nigdy nie przestał wierzyć w dobro i miłość.
Tylko że, znając już późniejszą powieść Houellebecqa, "Możliwość wyspy", nie można spojrzeć optymistycznie na nowy, szczęśliwy gatunek i "nowy wspaniały świat", bo wieczna młodość, nieśmiertelność i brak trosk mają swoją wysoką cenę, którą nie każda jednostka będzie chciała zapłacić.

Autor często zaskakiwał mnie niezwykle celnymi obserwacjami ludzkiej natury, w jego wydaniu najczęściej gorzkimi i nihilistycznymi; niektóre muszę mieć w zasięgu ręki.
Dla współczesnego człowieka Zachodu, nawet gdy dopisuje mu zdrowie, myśl o śmierci stanowi pewnego rodzaju szum w tle; gdy tylko plany i pragnienia zacierają się, ów szum zaczyna wypełniać mózg. Z wiekiem jego obecność staje się coraz bardziej natarczywa; można go porównać do zduszonego chrapania, do niemiłego zgrzytu. Dawniej szum w tle tworzyło oczekiwanie na Królestwo Niebieskie; dzisiaj tworzy go oczekiwanie na śmierć. Tak to jest.
(...) mieli z Brunem po dwadzieścia lat i czuli się staro. Tak już zostanie: będą się czuli coraz starzej i będą się tego wstydzić. Ich epoka miała wkrótce przejść z powodzeniem przez pierwsze w historii tego typu przeobrażenie: zatopienie tragicznego uczucia śmierci w ogólniejszym i bardziej zwiotczałym poczuciu starzenia.
Elementy świadomości współczesnego świata nie są dostosowane do kondycji istoty śmiertelnej. Nigdy, w żadnej epoce i w żadnej innej cywilizacji człowiek nie myślał ciągle i zawsze o swoim wieku; każdy ma swoją zwyczajną perspektywę przyszłości: przyjdzie taki moment, gdy ilość fizycznych przyjemności, których można się jeszcze w życiu spodziewać, stanie się mniejsza od ilości doznań bolesnych (w sumie człowiek czuje w głębi duszy, że licznik bije - a licznik zawsze odmierza czas w jednym kierunku). To racjonalne rozpoznanie podziału na przyjemności i ból, którego każdy musi wcześniej czy później dokonać, prowadzi nieuchronnie, gdy człowiek osiągnie pewien wiek, do samobójstwa. (...) nic, ze śmiercią włącznie, nie wydaje im się równie potworne, jak życie w niesprawnym ciele.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz